samochódPagani Zonda to błotniki jak uda tancerki samby i tęsknota za pełnią życia.Takiego, co porywa o piątej rano i sprawia, że nie będzie żal ani kropli snu. Jej konstruktor miał szczęście. Spotkał na swej drodze ludzi, którzy wiedzieli sporo o samochodach. Giulio Alfieriego, który zajmował się projektowaniem Lamborghini i Juana Manuela Fangio, co daleko przed epoką bolidów brał w ręce stare Chevrolety, żeby dociągnąć je na sam szczyt podium w wyścigach. Argentyńczyk Horazio Pagani nie przegapił okazji, aby od nich się uczyć.

samochód„Nawet jeśli każesz mi zamiatać podłogi, zostanę, żeby zbudować najpiękniejszy samochód świata” - powiedział Alfieriemu, starając się o pracę w biurze konstrukcyjnym Lamborghini. Dostał ją. Jakiś czas potem Fangio, wtedy już zaawansowany w latach weteran kierownicy zaprosił Horacego na kolację. Ciekaw był bystrego młodzieńca, który zdążył się wykazać w mateczniku najszybszych wozów na świecie. Rozmawiali o aucie, które miałoby nosić imię mistrza. Nie wyszło. Nim Pagani wykończył ostatnie szkice, Fangio pożegnał się z życiem. Lecz Horacy dobrze zapamiętał, co usłyszał od niego: „Projekt staje się naprawdę interesujący, kiedy się go zrealizuje”.

Stąd najnowsza Zonda. Najnowsza? Nie! Już nie, będzie nowsza, ale póki co ta pierwsza i jedyna jest jak najbardziej aktualna. Kosztuje 1,2 mln dolarów. Cały czas ma te swoje dwanaście cylindrów, ponad 600 koni, 760 Nm, co dają jej niespełna cztery sekundy do setki i omal 350 km/h. Zresztą silnik jest „ze sklepu”. Mercedesowska jednostka wspomożona sterydami przez AMG, skądinąd znakomita, zgodna jest z życzeniem Fangio. Kiedy mówił z Paganim o wymarzonym aucie, chciał, żeby miało pod maską mięsień ze Stuttgartu. Wygrał niejeden wyścig, mając przed sobą widok trójramiennej gwiazdy.


czytaj dalej





samochódReszta to też technika w dobrym, czyli mało uciążliwym, a skutecznym wydaniu. Pagani lubi tworzywa sztuczne, które są lekkie, a sporo mogą wytrzymać. One budują ten samochód. Włókno węglowe i metalowa rama pomocnicza to recepta skuteczna na większość przypadłości, jakie serwują kierowcom drogi. Zwłaszcza nierówne i kręte. Prawda, jest jeszcze zawieszenie. Niezależne, z amortyzatorami o zmiennej sile tłumienia, ale to o tyle tylko ważne, że trzeba naprawdę wiele umieć, żeby dachem zaliczyć glebę. Normalnie jedzie się nitką asfaltu jakby była wysmarowana butaprenem. Odlot wzbroniony, przynajmniej ten dosłowny.

Taki, o którym mówi się za każdym razem, kiedy na widok auta serce staje kołkiem w gardle, jest jak najbardziej wskazany. Po to Zonda jest. Jak jesteś zaspany to masz pecha. Depcząc w pedał gazu jak w kapeć wymacany z rana po omacku, ryzykujesz znacznie więcej niż chłód w stopie. Najnowsza Zonda wyśle na orbitę twój układ nerwowy i podczepioną do niego resztę.

„Matriksowe” zegary cię zahipnotyzują. Drążek sześciobiegowej skrzyni zadziała jak dżojstik myśliwca. Oparcie fotela wessie cię, bo przeciążenie jest w tym samochodzie tak silne, że nie potrzebujesz rakiety, żeby poczuć, co to jest kosmos.

Bo to nie samochód do kontemplowania. Wystarczy dobrze wsłuchać się w jego nazwę: “Zonda” to andyjski wiatr. A tam naprawdę mocno wieje.

Źródło: Motofakty.pl





Artykuły motoryzacyjne polecane przez portal FURY.pl:




Dodaj nowy komentarz: