Bo ograniczenia były bzdurne!
16 styczeń 2008
W połowie lat 90. XX wieku majętny, a ciężko pracujący niemiecki biznesmen obraził się na swe federalne państwo. A było to tak: mieszkał w Szlezwiku-Holsztynie, niemal pod duńską granicą, zaś firmę miał w Hamburgu. Razem jakieś 160 km, niemal wyłącznie po autostradach. Biznesmen nie był zadowolony, ponieważ dojazd do pracy zajmował mu rano 2,5 godziny, i tyleż samo powrót wieczorem. A według jego wyliczeń, gdyby mógł wykorzystać pełną moc swego Mercedesa S 600, mógłby pokonywać trasę do i z pracy w ciągu godziny. Problem w tym, że nie mógł.
Nie mógł, bo na niemal 80 proc. autostrad, którymi przemieszczał się codziennie, ustawione były ograniczenia prędkości do 120 km/h. Jako praworządny obywatel nie łamał przepisów - ale też nie przyjmował bezkrytycznie ich istnienia i złościł się.
Ponieważ było go stać, kosztem ówczesnych 150 tys. DM wynajął rzeczoznawców, którzy sprawdzili zasadność owych ograniczeń. I co? Okazało się, że tylko w jednym miejscu, na odcinku 5 km, dałoby się jakoś wytłumaczyć, dlaczego urzędnicy zajmujący się ruchem drogowym raczyli postawić ograniczenie prędkości. Uzbrojony w wyniki ekspertyz, biznesmen pozwał przed niemiecki sąd… Republikę Federalną Niemiec! O ograniczanie jego wolności i nadużywanie władzy! Więcej na ten temat przeczytacie w naszym serwisie już jutro.
Źródło: INTERIA.PL