Wywiad z Jerzym Bończakiem
29 styczeń 2008
Jerzy Bończak to miłośnik samochodów terenowych. Czasami jeździ nim na działkę, ale nie zapuszcza się w teren, bo nie lubi ekstremalnych przygód
Od dawna jeździ pan samochodem?
Prawo jazdy odebrałem w Wigilię roku 1970 i od tej pory w zasadzie nie wysiadam z samochodu. Najpierw jeździłem Warszawą ojca, a potem dorobiłem się własnego Maluszka. W sumie zjeździłem aż sześć Maluchów! Lubię dobre samochody, kiedyś lubiłem szybkie, a dziś wygodne. Preferuję auto z napędem na cztery koła, bo dobrze się nimi jeździ. Od trzech lat mam Hondę CRV, zrobiłem nią ponad 100 tysięcy kilometrów i na razie jestem z niej bardzo zadowolony.
Dlaczego wybiera pan auta terenowe?
Są wyższe, mam z nich lepszą widoczność i nie są tak szybkie, więc nic mnie nie kusi do niebezpiecznej jazdy. Poza tym mam domek letniskowy nad jeziorem, który znajduje się w dość trudnym terenie i można do niego dojechać tylko poprzez leśne dukty. Teraz nie wybijam już resorów i amortyzatorów.
Jest pan chyba jednym z nielicznym posiadaczy aut terenowych, którzy jeżdżą nimi nie tylko po asfalcie?
Tak naprawdę jest to SUV, a więc nie do końca samochód terenowy, tylko przeznaczony do jazdy po mieście i w terenie. Proponowano mi kiedyś, żebym wziął udział w jakimś rajdzie terenowym, ale brakowało mi czasu. Tak się przynajmniej wtedy tłumaczyłem, ale muszę się przyznać, że tak naprawdę to nie mam w sobie chęci przeżycia jakiejś ekstremalnej przygody. Nie jestem łowcą przygód, raczej lwem kanapowym dlatego nie jeżdżę samochodami stricte terenowymi, ale raczej terenowymi limuzynami.
A Maluchy? Miał pan z nimi dużo przygód?
Oczywiście, jak to z małymi Fiatami. Jak nie chciały zapalić, to otwierałem tylną klapę i wieszakiem cisnąłem rozrusznik. Maluchy miały jedną zaletę - były bardzo prosto skonstruowane i jak coś się zepsuło, to do naprawy wystarczył kawałek drutu albo pończocha, która zastępowała pasek klinowy. Muszę przyznać, że parę razy zdarzyło mi się dojechać do warsztatu na pończosze. Kilka razy wysiadła mi też cewka i potrafiłem ją sam zreperować. W dzisiejszych samochodach, które są napakowane elektroniką prawie nie zagląda się pod maskę. Bardzo dbam o samochód, robię regularnie przeglądy, więc nawet nie dolewam oleju do silnika. W zasadzie poza dolewaniem płynu do spryskiwaczy szyb, nie robię przy nich nic.
Ale chyba interesuje się pan tym, co jest w środku?
Generalnie wybieram samochody, które są wygodne. Ze względu na spalanie nie powinny też mieć zbyt dużej pojemności silnika, bo benzyna jest droga. Choć przyznam, że przez rok jeździłem BMW 735, który był bardzo paliwożerny. Niby miał nieduży silnik, bo 3,5 litra, ale w mieście palił 20 litrów na 100 kilometrów! To było bardzo odczuwalne przez moją kieszeń.
Nie ogolił się pan wtedy na łyso, żeby wyglądać jak typowy właściciel BMW?
Nie, wyglądałem normalnie, tak jak teraz, ale to rzeczywiście była typowo gangsterska limuzyna, jak mówili o niej moi koledzy. Była bardzo wygodna, ale straszliwie droga w utrzymaniu i po roku musiałem ją sprzedać. Nie chciałem się przerzucać na wymuszenia i haracze.
Kto pana podkusił do kupna takiego auta?
Diler samochodowy! Jeździłem wówczas Toyotą Cariną 2D, która wtedy zajmowała pierwsze miejsce w rankingu najlepszych samochodów. Miała już cztery lata i chciałem ją zmienić na coś innego. Pojechałem do jakiegoś komisu, diler namówił mnie do tego, żebym wsiadł do BMW i już z niego nie wysiadłem.
Miał pan jakieś wypadki?
Tylko jeden, ale poważny. W roku 2000 jeździłem sportowym Hundayem Coupe, którego kupiłem jako jeden z pierwszych w Polsce. Jakiś mądry kierowca szybko wyjeżdżał z chodnika na jezdnię, nie spojrzał za siebie, a ja właśnie jechałem ulicą. Uciekając przed zderzeniem skręciłem w bok i rąbnąłem w żelazną wiatę przystanku autobusowego. Uderzyłem dokładnie w kant metalowego słupka i dwadzieścia centymetrów za moim fotelem samochód został przecięty jak nożem na pół! Siła uderzenia była tak duża, że urwało pasy bezpieczeństwa, a mnie wyrzuciło na zewnątrz. Z samochodu nie było czego zbierać i od razu poszedł do kasacji. Ja na szczęście miałem tylko lekko podbite oko. Miałem wtedy dużo szczęścia, od tej pory jeżdżę zdecydowanie ostrożniej i mam dużo mniejsze zaufanie do innych użytkowników dróg.
Jak pan ocenia polskich kierowców?
W sumie nie najgorzej. Jeżdżą szybko, ale dość sprawnie i nieźle jak na drogi, które mamy. Tu trzeba się poruszać sprawnie i jak ktoś blokuje drogę, to czasami trzeba przycisnąć gaz i złamać przepisy, zwłaszcza w Warszawie, gdzie jest bardzo duży ruch.
Źródło: Motofakty.pl / Rozmawiał: Mirosław Mikulski